Przeprowadzka

Od dzisiaj blog W tango z winem działa pod nowym adresem:


https://wtangozwinem.wordpress.com/

Zapraszam i pozdrawiam! :)

Opublikowano Wino | Skomentuj

Różowy malbec i kłopoty z tożsamością

multiple per

Wszyscy znamy te historie. Od małego chciał być piłkarzem, a został pielęgniarzem. Zawsze marzyła, aby być artystką, a została manikiurzystką. Miał zacięcie literackie, ale ojciec posłał go na studia prawnicze. Wszyscy podziwiają jej talent malarski, ale rodzice załatwiają jej ciepłą posadkę w urzędzie. Niepocieszona mamusia zmusza syna do kursów baletowych albo niepocieszony tatuś zabiera córę na nudne polowania. Oprócz ogólnej frustracji i niezadowolenia z życia prowadzi to nieraz do różnorakich dysocjacji osobowościowych i problemów z tożsamością.

Z różowym malbekiem jest podobnie. On się po prostu do tego nie nadaje, a wszyscy, którzy próbują wcisnąć go w ten koronkowy kostium w kolorze rosé, robią mu wielką krzywdę. Równie dobrze można Tysona ubrać w strój baletnicy albo kazać Pavarottiemu śpiewać kawałki Celine Dion. Efekt groteski gwarantowany. Argentyńscy winiarze, ja się was pytam, po kiego czorta? Szczególnie że macie pod dostatkiem bonardy, która na różowe wino materiałem jest idealnym.

DSC_2259Na malbeka różowa mini zwyczajnie nie pasuje i pęka w szwach. Te wnioski natury ogólnej potwierdziła mi niedawno butelka San Felipe Malbec Rose 2015 (Bodega la Rural). To wino całym sercem marzy, aby być czerwonym, pełnokrwistym malbekiem. Jest mocno wybarwione, ekstraktywne i pełne w ustach. Pachnie żurawiną, brusznicą i poszyciem leśnym. Smakuje jak grenadyna z dodatkiem absyntu (tak, alkohol wyłazi i puszcza pijackie oko). Sporo w nim też tymianku i grejpfrutowej goryczki.

Właściwie to przypomina bordoski klaret albo skoncentrowany róż z Bandolu, tyle że niestety nie dorasta do tych wzorów. Ma rozchwianą osobowość i ewidentne kłopoty z tożsamością, jest rozmamłane i niespójne. Chce być czerwonym, ale jest różowym i cierpi z tego powodu. I to cierpienie udziela się również pijącemu.

Co zrobić? Wykorzystać w kuchni. Ja tym winem rzęsiście podlałem gulasz z cielęciny, patisonów, marchewki i pora z dodatkiem świeżej mięty, imbiru, gałki muszkatołowej, suszonej kolendry i zielonego pieprzu.

DSC_2260

Źródło wina: zakup własny w Almie (41 zł).

Opublikowano Wino | Otagowano , , , , | Skomentuj

W patagońskim chruśniaku – Manos Negras Pinot Noir Red Soil Select 2011

DSC_2233

Z dedykacją dla mojego dobrego przyjaciela i znanego pinotofila,
Szymona Rzeźniczka z blogu Dolina Mozeli

Poszukując zapamiętale argentyńskiego Świętego Graala (czytaj: pinot noir) z zapałem godnym samego Sir Lancelota, zapytałem kiedyś Luisa Surianiego z Familia Zuccardi, jak tam w ogóle z tym pinotem sprawa wygląda w Argentynie. Odpowiedź otrzymałem dosyć dosadną i znaczącą: We don’t believe in pinot noir. Ha! Powiedział, co wiedział, a powiedział chyba więcej, niż miał na myśli. A więc chodzi o wiarę, w pinot noir trzeba wierzyć. Malbeka czy caberneta może posadzić zaciekły ateista lub sceptyk, a i tak zrobi z niego wino. Pinot noir domaga się fanatycznego kultu, nabożnych zabiegów, skupionych rytuałów, wiernej dewocji, oddania i poświęcenia.

Zresztą jest tak nie tylko po stronie winiarzy, ale również winopijców. Wszyscy wszakże znamy ów typowy okaz pinotofila. Idziemy z takim do wine baru albo sklepu, a on zaraz doskakuje do półki z Nową Zelandią albo Burgundią i już widać ten obłędny błysk w oku, fanatyczny rumieniec i rozmodlony półuśmieszek zwiastujący quasi-mistyczną ekstazę w towarzystwie 750 ml tego kapryśnego bóstwa, jakim jest pinot noir. Sprawa jest oczywista, bez jakiejś butelczyny Pommarda, Central Otago czy Oregonu ten wieczór się nie obejdzie. Wyznawca religii pinot noir, jak każdy inny wierzący, jest rzecz jasna uprzedzony. Nawet złe wino będzie smakować znacznie lepiej tylko dlatego, że jest to pinot noir. Zwyczajnie dobre wino będzie dobre do kwadratu, bo to przecież pinot noir, a wino zachwycające będzie miało zachwyt w 100% przypisany temu, że jest to pinot noir. I nie przegada, można sobie darować.

Zaczyna się nabożeństwo, hymny do słynnych jesiennych liści, psalmy o stajence i malinowym chruśniaku, kantaty o finezji i strukturze pajęczej sieci. Jeszcze chwila i będzie tego pinota pił na klęczkach. Po skończonej mszy można się już na spokojnie napić jakiegoś porządnego malbeczka albo bordosa, ale i tak będziemy co chwila słyszeć, że no tak, dobre, ujdzie, obleci, ale to i tak nie to samo co…

W Argentynie pinotofil nie ma za bardzo czego szukać, chyba że chce poddać swoją wiarę poważnej próbie. A przynajmniej tak było do niedawna. Okazuje się bowiem, że znajdą się tam tacy, którzy w pinota wierzą i to całkiem na poważnie. Mówię o chłopakach współtworzących projekt Manos Negras (Alejandro Sejanovich, Duncan Killiner,Jason Mabbett i Jeff Mausbach). Znaleźli w Patagonii (Neuquen) krzewy rosnące na czerwonych gliniastych glebach (kolor pochodzi od wysokiej zawartości żelaza) i zrobili wino mocno nietuzinkowe i pionierskie, które można nazwać czymś w rodzaju single-soil. Owoce, które zrodziły Manos Negras Pinot Noir Red Soil Select, pochodziły wyłącznie z tych części winnicy, gdzie krzewy rosną na owych czerwonych glebach. W swoim arcytrafnym opisie Tim Atkin nazywa to wino mini-Pommardem. Postanowiłem to zweryfikować i zestawiłem pinota od Manos Negras z Pommardem od Jacquesa Girardina. Od razu powiem, że to zestawienie Argentynie przyniosło chlubę, a Burgundii nie przyniosło ujmy.

DSC_2236

Jeszcze zanim sięgnąłem do obu kieliszków, wiedziałem, że już teoretycznie podobieństw jest sporo:

  • gleby gliniaste na wapiennym podłożu, również w Pommard znajdziemy czerwoną glinę z dużą zawartością żelaza

  • fermentacja z użyciem rdzennych drożdży

  • dojrzewanie w beczkach francuskich (20% nowych beczek)

W praktyce okazało się, że oba wina mają bardzo zbliżony profil:

  • intensywny aromat dojrzałych wiśni, gałki muszkatołowej, kory drzewa wiśniowego, z niuansami poszycia leśnego i dymu pod spodem

  • pełne, krągłe, gęste w ustach, z dobrą kwasowością i drobnoziarnistymi taninami

  • przyjemna pestkowo-goryczkowa końcówka

Manos Negras i Pommarda łączył całkiem spory (jak na pinota) ciężar właściwy, a jeśli chodzi o różnice – burgund zachowywał się w ustach ewolucyjnie, przechodził od eksplozji dojrzałego owocu przez dobrze naciągniętą strunę kwasowości aż do aksamitnie goryczkowej końcówki, natomiast Patagonia tworzyła jedną zwartą, choć złożoną figurę wypełnioną owocowym miąższem z pikantnymi refleksami.

Importerem win Manos Negras jest Vive le Vin. Można je kupić m.in. w Whisky and Wine Place i Ale Wino w Warszawie. Natomiast Pommard i inne wina Girardina można kupić u Wojtka Lutomskiego w Krakowie przy ul. Dekerta 18.

Źródło win: zakup własny.

Opublikowano Wino | Otagowano , , , | Skomentuj

Z Frankiem przez świat – Andeluna Pasionado 2009

DSC_1414Krzewy cabernet franc u stóp Góry Św. Wiktorii w Prowansji

Cabernet franc to jeden z moich ulubieńców pośród winnych szczepów. Chropowaty i zadziorny – taki Paul Newman albo Steve McQueen z kultowych filmów ubiegłego stulecia – a przy tym niepozbawiony finezji i pewnej dozy ekscentrycznego humoru w stylu steampunk. Bezpośredni, do bólu szczery, autentyczny – take it or leave it – rasowe konie z nim kraść, grać w rozbieranego pokera i skakać na waleta przez ognisko.

Choć niemal od zawsze Francja uchodziła za jego domowe pielesze, bo przecież to właśnie Francja wpisana jest już w samą nazwę tej odmiany, to jeśli pogrzebać w starych zakurzonych annałach, drzewach genealogicznych i łańcuchach DNA, ujawnia się historia zgoła inna.

cab franc diagramCabernet franc jest odmianą bardzo wiekową z zaszczytnym miejscem na samej górze genealogii szczepów winorośli. Jego liczne romanse i spontaniczne krzyżówki z innymi odmianami dały światu m.in. cabernet sauvignon, merlota i carmenere, a więc śmietankę Starego i Nowego Świata. Natomiast sam Franek swoje początki wywodzi prawdopodobnie z absolutnej prowincji i zaścianka winiarskiego świata, a mianowicie z hiszpańskiego Kraju Basków. To właśnie tam do dziś dnia robi się anegdotyczne czerwone wina z lokalnej odmiany Hondarribi Beltza, która wedle badań DNA jest potomkiem cabernet franc właśnie.

mapaW średniowieczu, gdy przez Kraj Basków prowadziła mocno udeptana stopami pielgrzymów trasa do Santiago de Compostela, komuś musiały bardzo przypaść do gustu wina robione z franka, bo przeszmuglował sadzonki przez Pireneje i posadził na francuskiej ziemi. Tym sposobem cabernet franc zadomowił się w Gaskonii, a później w Bordeaux, gdzie do dziś stanowi istotny element tzw. mieszanki bordoskiej po obu stronach Żyrondy.

Jednym z zapalonych fanów tego szczepu był sam kardynał Richelieu, który polecił zasadzić go w okolicach swojego opactwa św. Mikołaja w Bourgueil nad Loarą. I tak rozpoczął sięchinon baudry nowy rozdział w dziejach cabernet franc, który na wapiennych glebach niedaleko Chinon znalazł dla siebie idealne warunki do pokazania całej bogatej palety swoich zalet. Bodaj najlepszy Chinon, jaki trafił do mojego kieliszka, to był organiczny i niefiltrowany La Croix Boissee 2011 od Bernarda Baudry’ego – wino niezwykle przestrzenne, głębokie, architektoniczne, w najlepszym francuskim stylu.

W kolejnych wiekach Franek zapakował się w plecak obieżyświata i ruszył w spontaniczną podróż a la Kerouac. Ze szczególną gościnnością przyjęli go na Węgrzech, gdzie świetnego, muskularnego franka robi Jozsef Bock w gorącym Villany i Janos Bolyki w Egerze. cabaret f.Inną przybraną ojczyzną stało się Friuli, tuż przy włoskiej granicy ze Słowenią. W pamięć zapadły mi zadziorne i chłodne interpretacje cabernet franc w wykonaniu Isidoro Polencica czy winiarni I Comelli. Wreszcie nasz energiczny wagabunda dotarł również za ocean, gdzie w słonecznej Kalifornii przygarnął go na przykład Jonathan Maltus ze słynnego Le Dome w Saint-Emilion i pokazał w występie solowym w winie, którego nazwa – Against the Wind – świetnie pasuje do niepokornego charakteru Franka. Innym ciekawym przykładem jest grający na słowach Cabaret Frank, z hipsterską retro etykietą, zwiewny, lekki, „humorystyczny”, pachnący malinami i białym pieprzem.

Ta podróż nieuchronnie prowadzi do Ameryki Południowej, gdzie u podnóży Andów Franek zyskuje sobie coraz większy respekt, a niektórzy uznani producenci będący obecnie w awangardzie argentyńskiego winiarstwa wieszczą wręcz, że cabernet franc ma wielką przyszłość w kraju nad doliną rzeki Uco.

Na ostatnim Zlocie Blogosfery Winiarskiej w Warszawie poczęstowałem śmietankę polskiego winopisania 100-procentowym frankiem z winiarni Andeluna, rocznik 2009. Wino smoliście gęste, dopakowane na maksa, super dojrzałe, z ujmującym aromatem pieczonej na ogniu papryki (ten niuans cabernet franc zawdzięcza pyrazynom), żaru z ogniska, ziela angielskiego, kory drzewa wiśniowego, suszonej żurawiny i tarniny. Przykleja się do podniebienia ekstraktywnym czereśniowym miąższem, a energii dodają mu kolczasto-leśne niuanse ziołowe. Konkret, kuraż i kopniak, na szczęście bez kiczu. Alta expression, jak powiedzieliby Hiszpanie.

cabf andeluna

Andeluna Pasionado Cabernet Franc 2009
Mendoza/Tupungato/1300 m npm
18 m-cy w nowej beczce francuskiej
12 m-cy w butelce
15,5% ABV
Import: Winosfera (200 zł w detalu)
Wino otrzymałem w prezencie od dziewczyn z Winosfery  :-D serdeczne dzięki!

Opublikowano Wino | Otagowano , , , | Skomentuj

Festyn na wiosce czyli Ogrody Wina 2016

Cen1

Gdyby przyszło mi w kilku zwięzłych słowach podsumować tegoroczne Ogrody Wina, powiedziałbym: ucieszna, rozpasana i plebejska degrengolada. W swojsko wiejskim otoczeniu Dworu Sieraków niezawodnie budzi się w każdym iście polski koloryt lokalny. Szlachcic brata się z parobkiem, wino leje się strumieniami obok wódki, kiełbacha w towarzystwie ślimaków skwierczy wesoło na ruszcie i choć kapelusz na głowie, to z butów wiecheć słomy wystaje. Ach te toporne kontrasty, buńczuczne aspiracje i spektakularne upadki! Żadna inna kultura w sposób tak pocieszny i błazeński nie łączy w sobie dwóch od zawsze przeciwstawnych archetypów: dystyngowanego Zachodu i rozchełstanego Wschodu. Już od wieków Polak stoi w owym dziwacznym rozkroku i w dodatku mimo tej karkołomnej pozycji próbuje nieudolnie tańczyć, tyle że menuet wciąż miesza mu się z czardaszem i wychodzi z tego wszystkiego dość pokraczna makabreska.

Cen2Tegoroczny festyn Domu Wina w Sierakowie zaczął się w kapeluszu i na piedestale, a skończył pod stołem bez butów. Scenariusz wiejskiego wesela to skojarzenie jak najbardziej na miejscu. O samych winach nie wiadomo, co napisać, bo stanowiły jedynie pretekst i paliwo napędowe całej imprezy, ale w sumie jakościowo chyba właśnie do paliwa im najbliżej. W mętnym oceanie badziewia można było wyłowić kilka perełek (Pesquera, Lava z Taurasi, Petalos z Bierzo czy Glaetzer z Barossa Valley, choć nie wiem, kto przy zdrowych zmysłach zapłaci 4 stówy z hakiem za shiraza z Australii), natomiast z żalem stwierdzam, że za Argentynę musiałem się wstydzić.

Patagońska Bodega del Fin del Mundo zaprezentowała wodniste i drażniąco metaliczne sauvignon blanc/semillion, nudne jak flaki z ananasem chardonnay oraz wybitnie prostackie czerwone jagodzianki o tępej koncentracji i zapachu jaegermeistera. Nie dziwota, doradza wszakże sam Michel Rolland, miszczu wina od szablona.

Bot 1

Z kolei Alambrado, budżetowa linia od Familia Zuccardi, to 4 wina z rocznika 2013, wszystkie beczkowe i wszystkie fatalnie skiksowane przez grymaśny fetor niedomytej, skisłej baryłki dębowej. Ktoś tu najwyraźniej czegoś nie dopilnował. W ogóle ta linia powinna się nazywać „un poco”, bo wszystkiego w tych winach jest trochę – trochę kwasowości, trochę tanin, trochę więcej owocu, ale niestety wykastrowanego przez (syfiastą) beczkę.

Po zakończeniu kilkugodzinnej „degustacji” ktoś wpadł na genialny pomysł, aby zatańczyć poloneza. Utworzył się zygzakowaty wężyk par i taniec ruszył, bardziej niż Ogińskiego sugerując Rynkowskiego „Jedzie pociąg z daleka”, szczególnie w kontekście kłębów siwego dymu od sążnistych kilogramów swojskiej kiełbasy rzuconej na ruszt. O takim dymie chłopaki z niebieskiej Nyski pod Halą Targową mogą jedynie pomarzyć. Panie i panowie, szapo ba. I jeszcze ten ten bezcenny obrazek, gdy gość honorowy tegorocznych Ogrodów Wina, Mr Robert Bower (Fonseca Porto), w czapce krakowiaka na bakier, w dłoni talerz z kiełbą i kapuchą, rozgląda się lekko zdezorientowany i szuka miejsca, by wreszcie klapnąć i wszamać polskie małe co nieco.

Na koniec mała uwaga i sugestia dla organizatora. Aby podkreślić unikatowo festynowy klimat tej cyklicznej imprezy, może warto w przyszłym roku zaprosić na Ogrody gwiazdę lub chociaż gwiazdeczkę disco polo. Ubaw byłby po uszy, bo w tym roku był jedynie po pachy. Propozycja poniżej:

Uczestniczyłem na zaproszenie organizatora.

Opublikowano Wino | Otagowano , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Czyszczenie magazynu – Willa Win w Churrasco

kob

To będzie wpis w klimacie niesmacznego turpizmu, a szkoda, bo wydawałoby się, że wine pairing w stylu kobiety i wino powinien mieć wywindowany w ciul wskaźnik estetycznej satysfakcji. A tymczasem…

Wybrałem się niedawno na degustację win argentyńskich zorganizowaną przez krakowskie stowarzyszenie Kobiety i Wino w podgórskim resto-grillu Churrasco. Butelki od jednego producenta z Mendozy (Vistalba) stawiał lubelski importer Willa Win, a strawę przygotowała ekipa Churrasco. Przeprawa przez mętny strumień owych sześciu win odbywała się w atmosferze dantejskiego Purgatorio, a skojarzenia z czyśćcem są tutaj jak najbardziej na miejscu, bo ciężko było nie odnieść wrażenia, że butle, które pojawiały się kolejno na stole, to efekt aktualnego czyszczenia magazynu przez importera. Większość win osiągnęła już melancholijne stadium łabędziego śpiewu (to eufemizm), a niektóre wręcz odstraszały organoleptyczną fizjonomią zombie (to turpizm). Nawet te, co do winiarskiej Valhalli miały jeszcze kawał drogi, zdawały się dychawiczne, wyblakłe i otępiałe, przypominając raczej kulawe kserokopie wina niż pełne życia oryginały. Jednym słowem, była to dość perwersyjna impreza w stylu necrophile party, a oto lista zaproszonych gości:

 sem

  1. Tomero Torrontes 2013 (zombie) – pokrywka od słoika po korniszonach, trochę pietruchy i skisłego owocu, po słodkich nutach torrontesa został miód gryczany. Dobrze, że do bruschetty nie żałowali czosnku, który zneutralizował (nie)smak wina. No ale, jeśli czeka się na torrontesa 3 lata, to trzeba być przygotowanym na nekrofagię.

  2. Tomero Reserva Semillon 2008 (zombie) – ocet jabłkowy, zupa cebulowa, gnijąca mirabelka, herbata z miodem i cytryną. Parodia wiekowego semillon. Gdyby wino żyło, pewnie poszłoby w ładne tango z grillowanym skrzydełkiem, a tak był tylko danse macabre.

  3. Tomero Malbec 2013 (undead) – niby żyło, ale co to za życie. Jagodzianka zaprawiona spirytusem, dość banalny i menelowaty malbec. Stylistycznie pasował tutaj kawałek pizzy z salami, bo wino smakowało jak tani chilijski house wine z Fabryki Pizzy.

  4. Tomero Cabernet Sauvignon 2013 (xero) – anonimowy, płaski i mało czytelny skan caberneta. Nalewka babuni (15%) i tym podobne historie. Zniszczyło go przy tym fatalne połączenie z wieprzowiną w słodko-korzennym indyjskim stylu. Pasowało to jak, nie przymierzając, frak do prosiaka.

  5. Vistalba Corte B 2012 (xero) – jedno z topowych win producenta, kupaż malbeka, cabernet sauvignon i bonardy, 10 miesięcy w beczce francuskiej. Zamiast krągłych kształtów i korpulentnej esencji dostajemy niedobitki owocu w sosie balsamico na płaskiej desce i jest to w dodatku deska trumienna (tak, do grobu już blisko) i mocno wypalona. I cóż z tego, że z francuskiego dębu?

  6. Tomero Reserva Petit Verdot 2012 (undead) – sflaczałe, bez wyrazu i przyblakłe, czyli zupełny antonim rasowego petit verdot. Ja się pytam: gdzie są te słynne zawadiackie garbniki, gdzie gęsty i kolczasty owoc? Ostała się jeno kupka ziemi i liści na świeżej mogile. W kontekście antrykotu zbladło jeszcze bardziej. Jakżeby inaczej, skoro stek wołowy, a już szczególnie antrykot, aż woła o napiętą kwasowość i żywe taniny.

 pet

Na koniec wypada jeszcze pochwalić obsługę w Churrasco, która w dość odważny i kontrowersyjny sposób serwowała każdą porcję degustacyjną na ten sam talerz, a więc pod koniec musiałem użerać się z antrykotem pośród resztek kurzego skrzydełka i świńskiego żeberka. Taki biesiadny klimat w formie dorzucania kolejnych rarytasów do jednego koryta ma niezaprzeczalnie swojski urok. Spasiba balszoj.

PS. Zdjęcia z degustacji wrzucam jedynie dlatego, że wina była równie „niewyraźne”.

Opublikowano Wino | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Sielanka na luzie – Finca la Luz / Dobry Rok

flower

Kwiecień to najokrutniejszy miesiąc, jak pisał T. S. Eliot w Ziemi jałowej. Na szczęście ostatnie przepychanki między zimą a wiosną mamy już (chyba i oby) za sobą. Maj rozgościł się na dobre, zazieleniła się trawka, kwitną drzewa, robale wyłażą, w winnicach puszczają pierwsze pąki. Pszczoły świrują od nadmiaru bodźców, gdy łąki oblekają się w kwietny splendor. snailWprost proporcjonalnie do wzrostu ilości słońca spada chęć do pracy. Człowiek walnąłby się w trawie, gapił w chmury i celebrował dolce far niente. To taki czas w roku, gdy choć raz nie ma się ochoty stąd spieprzać do basenu śródziemnomorskiego czy w inne łaskawsze klimatycznie regiony. Normalnie sielanka.

Na targach szparagi wystawiają zalotnie swoje zielone i białe główki, a nowalijki anonsują uroczyście pełnię wiosny. Studenckie juwenalia otwierają sezon bachanaliów spod znaku piwka i kiełbachy z grilla, za chwilę zaczną się rodzinne działkingi. Kto działki nie ma, to zawsze może sobie balkoning urządzić, a komu los nawet balkonu poskąpił, to przecież sunKraków i okolice obfitują w miejsce sprzyjające plenerowej posiadówie piknikowej, gdzie strażnikom miejskiego porządku polującym na wyznawców Bachusa nie będzie się chciało zapuszczać.

Chciałoby się, żeby na tych naszych polskich, tradycyjnych outdoorowych imprezach (i nie tylko na takich) było mniej pana Zagłoby i Jacka Soplicy, a więcej Dionizosa. Niby to się zmienia, wedle statystyk spożycie wina w kraju nad Wisłą wzrasta, choć czasami mam wrażenie, że prędzej Polak upodli wino, niż wino ukulturalni Polaka. Do pewnego znanego krakowskiego wine baru przychodzą regularnie dwaj rubaszni jegomoście z tzw. wyższej kasty społecznej i konsumują kilka butli argentyńskiego malbeka, po czym wytaczają pękate brzuchy na ulicę, wypluwając na pożegnanie swój rytualny bon mot: „My tu do was to przychodzimy się kulturalnie nabzdryngolić”. Cóż, jaki kraj, taka kultura. Panowie piją wino, bo to teraz takie trendy, na topie i cool, ale mentalnie pragną archetypowo słowiańskiego wódczanego złojenia, a do osiągnięcia takiego stanu jeden malbeczek na łebka nie wystarczy.

Statystyki to jedno, a głębokie struktury zbiorowej podświadomości to już inna sprawa.

Ale czy argentyńskie wina mają w ogóle szansę znaleźć dla siebie miejsce pod polską strzechą i pod polską chmurką? Myślę, że tak. A utwierdziły mnie w tej opinii butelki od Finca la Luz, które miałem okazję spróbować niedawno w krakowskim sklepie Dobry Rok (ul. Dajwór 20), współpracującym ze szczecińskim importerem Wineland.

butla mal22

Torrontes Callejon del Crimen 2014, urokliwie aromatyczny, słoneczny, aż się prosi o setting w postaci ukwieconej łączki albo leśnej polanki. Sprężysta kwasowość i soczysty owoc gwarantują doskonałe orzeźwienie w upalny dzionek. Wino ultraprzyjemne, niezobowiązujące, piknikowe, a przy tym charakterne i treściwe – nie jest to żaden wodnisty przeciętniak. Świetnie nada się jako wstępniaczek wrzucony na rozruch imprezy albo aperitivo na pobudzenie apetytu przed grillowanymi rarytasami.

Natomiast do mięs z grilla, szczególnie karkówki i antrykotu, bezbłędnie siądzie Malbec Callejon del Crimen, świeżynka z rocznika 2015, z rozwibrowanym jeżynowym owocem, napiętą struną kwasowości i zaczepnymi taninami. Wino spełnia wszystkie wymagania gastronomicznej popitki, a przy tym ujmuje krystalicznie czystą owocowością. Niczego nie udaje, nie kryguje się, jest autentyczne i szczere, jak jeżyny prosto z krzaka.

Jeśli sięgniemy dwie półki wyżej, dostaniemy Malbeka Gran Reserva 2010. To już inny rodzaj przyjemności. Wino zaprasza do wieczornej, kilkugodzinnej kontemplacji, koniecznie przy karafce, niekoniecznie z jedzeniem. Francuska beczka jest nieprzesadzona, umiejętnie użyta, nie wychodzi przed szereg i harmonijnie komponuje się z owocem. Subtelny, choć wyrazisty makeup nie niszczy tutaj na szczęście substancji grona.

Na krakowskim podwórku jest to nowa Argentyna i zjawia się w samą porę. Brać w plenery i pić – tylko kulturalnie! :lol:

Opublikowano Wino | Otagowano , , , , | Skomentuj

Kocykowe sauvignon blanc – otul się jakością

Patronem dzisiejszego odcinka jest firma:

Kocyk

Wino w Kocyku kupuję sporadycznie, w sytuacjach kryzysowych, chwilowych stanach niepoczytalności albo do gulaszu. Kiedy jednak ostatnio z kocykowych półek spojrzała na mnie zalotnie argentyńska świeżynka sauvignon blanc 2015, to nie mogłem się oprzeć. W myśl Oscara Wilde’a: żeby skutecznie pokonać pokusę, najlepiej jej ulec. Zresztą – myślę sobie – nie ma co oceniać książki po okładce, a wina po etykiecie/cenie/miejscu nabycia. Przecież całkiem niedawno śmietanka polskich blogerów winiarskich, oceniając Carlo Rossi na degustacji w ciemno, uznała, że jest to całkiem fajne winko. Nie ma co wieszać psów, jeśli się nie spróbowało, a nuż okaże się, że nie jest tak źle. Nawet jeśli to wino z Kocyka,

Argentyńskie sauvignon blanc z Kocyka jest kocykowe i to podwójnie. Po pierwsze primo, świetnie nada się na piknikowy kocyk, tylko bardzo porządnie trzeba je schłodzić, bo 13% dość natarczywego alko w wyższej temperaturze będzie drażnić. Po drugie primo, jest kocykowe, bo ciepłe, wręcz tropikalne. Daje po nosie i po gębie skoncentrowaną mieszanką owoców egzotycznych, marakuja, mango, ananas z puszki, a to wszystko podane na podręcznikowym dla s. blanc liściu pomidora i suto okraszone pokrzywą (chyba że to ten wychodzący przed szereg alkohol).

Wino narysowane grubą krechą, takie sauvignon, któremu przydałaby się konkretna dieta odchudzająca. Ale jak ktoś lubi rubensowskie kształty i słodycz tropików, to będzie zadowolony. Ja najchętniej dorzuciłbym kostek lodu, mięty, grejpfruta, limonki itp. i zrobił z niego elegancki szprycer.

Czy otula jakością? Zgodnie z hasłem sieci Kocyk (autentyk!): „otul się jakością”? No chyba niekoniecznie, ale otula czym innym. Tropikalnym owocem, całkiem nieźle zrobionym, za co szacun wielki dla producenta, który ma do ogarnięcia 3000 hektarów w Mendozie.

DSC_1778Nampe Sauvignon Blanc 2015
Los Haroldos/Mendoza
Familia Falasco
Importer: TiM S.A.
Dostępne: Kocyk 24h
Cena: 25 zł bez grosza

Źródło wina: zakup własny
(w stanie poczytalnym)

Opublikowano Wino | Otagowano , , , | Skomentuj

Malbec w roli głównej – Luigi Bosca

Wpadłem ostatnio na degustację malbeków do importerskiego sklepu (The Fine Food Group) na ulicy Dietla w Krakowie. Pierwszym wyzwaniem okazało się dotarcie do krzesełka, ciasnota jak w przedziale pociągu TLK odjeżdżającego z krakowskiego dworca tuż po zakończeniu sesji zimowej. Zakleszczyłem się obok pewnej damy, która dość szczodrze obdarzyła swą osobę perfumami, i już wiedziałem, że z aromatów wyczuwał będę tylko likier, lakier i lukier. Szybko wszakże przestałem się tym martwić, gdy zobaczyłem, w czym przyjdzie mi degustować. Te mini kieliszki nadawały się może do sherry, madery albo nalewki babuni, ale ani nimi porządnie zakręcić się nie da, ani wciągnąć konkretnej kreski bukietu. Mimo tych ekstremalnie trudnych warunków, przejechałem przez cztery stacje malbeka i to w tempie jak dla polskich kolei państwowych zaskakująco szybkim. Duża w tym zapewne zasługa prowadzącej, która dwoiła się i troiła, skacząc akrobatycznie po 30-, 50- i 90-letnich krzewach, zwinna niczym lama w andyjskim krajobrazie wysokogórskim.

Na rozruch poszedł malbec z Cahors, spoza oferty The Fine Food Group. Z czystej przyzwoitości o nim nie wspomnę, bo byłoby to wspomnienie dość bolesne. Wszystkie kolejne wina pochodzą od argentyńskiego giganta – Luigi Bosca.

1. Malbec Finca La Linda 2013

adamczykPiotr Adamczyk, „Nie kłam, kochanie”

Taki polski playboy pierdoła, dość oklapły i mdławy, suchar z Familiady, z ust czuć mu wędzonym salami, używa perfum marki Bond. Może i nie kłamie, ale ja dziękuję za taką szczerość.

2. Malbec Luigi Bosca 2013

hugh grantHugh Grant, „Cztery wesela i pogrzeb”

Ten już trochę lepszy playboy, zagraniczny, dosyć elegancki, choć mocno schematycznie romantyczny, taki sweetaśny, cute boy, podoba się dziewczynkom. Ale ufać mu nie można, bo wchodzi gładko, a na końcu urywa dyńkę.

3. Malbec DOC 2013 (Single Vineyard, Denominación de Origen Luján de Cuyo)

 leo up

Leonardo di Caprio, „Wilk z Wall Street”

No i mamy wilka z Wall Street, jest konkretnie, elegancko, na bogato, przepych, luksus, bohema, orientalna dekadencja, wciągamy kreskę za kreską z porządnie wypalonej dębowej beczki i jest coraz lepiej. Wilk trzyma pion, to prawda, ale tylko do czasu. W końcu jakoś mu się to wszystko rozłazi i błędnik szaleje. Ale i tak warto było się zabawić.

4. Finca Los Nobles Malbec Verdot 2010 (field blend)

 boguś

Bogusław Linda, „Psy”

Żarty się skończyły, wszystkie te popierdułki, wyfraczone dandysy i naćpani karierowicze mogą się schować. Odpalamy kubańskie cygaro, mieszamy jaegermeistera z porto, zagryzamy daktylem i jest impreza. Rosyjska ruletka, mafijne porachunki, tron we krwi. Poniewiera, ryje beret i niszczy. Uprasza się pić odpowiedzialnie.

Wszystkie wina dostępne w sklepie po prostu wino… (Kraków, ul. Dietla 75/1a) i pewnie jeszcze w wielu innych miejscach.

 

W degustacji uczestniczyłem na koszt własny. Więcej grzechów nie pamiętam, obiecuję poprawę.

Opublikowano Wino | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Malbec do steka? – niekoniecznie

lamb chops

Już od dawna mnie korci, żeby obalić ten mit. Malbec do steka, stek do malbeka. Malbec oczywiście argentyński, a stek oczywiście wołowy, z polędwicy, antrykotu czy rostbefu. Jeden pierun. Połączenie oklepane i wyświechtane jak pijackie memy z Aleksandrem Kwaśniewskim. Ani mięsko na tym dobrze nie wychodzi, ani winko. Kubki smakowe niepocieszone, a jedynym pocieszeniem dla klienta jest to, że popisał się pseudoznawstwem foodpairingowym. No bo przecież do steka to tylko malbeczek z Mendozy. To trochę jak z Hamletem Szekspira albo Don Kichotem Cervantesa – w sumie wszyscy wiedzą, o czym to jest, choć nikt tego nie czyta. Ale o czym to tak naprawdę jest?

Kiedy na moim talerzu ląduje krwisty albo średnio wysmażony stek z polędwicy, ja za żadne skarby nie chcę tego popijać gęstym jak smoła i napakowanym malbekiem spod Andów. Taka ilość marmurkowatego białka w czystej postaci domaga się czerwieni z taniczną żyletą, która posieka mi te przepyszne proteiny, wzmagając odczucia smakowe. Niech to więc będzie prowansalski bandol, sycylijskie pignatello, piemonckie barbaresco, a nawet malbec, tyle że w tym przypadku poproszę Cahors.

Jeśli akurat naszła mnie chęć na antrykot albo rostbef, czyli trochę więcej tłuszczyku, to potrzebuję wina o zaznaczonej kwasowości. Interakcja idealna, bo kwasowość niweluje nieprzyjemny nadmiar tłustego posmaku, a tłuszczyk swoją fakturą zmiękcza kwasowość. Tutaj malbec argentyński odpada w przedbiegach. Dajcie mi porządną butlę bordoszczaka z Saint-Estèphe, sardyńskie carignano del sulcis albo blaufränkischa z Burgenlandu, a nawet burgundzkiego pinot noir, byle z Pommard.

Najlepsze kulinarne połączenia z argentyńskim malbekiem, jakie pamiętam, to gulasz z niedźwiedzia w gęstym pikantnym sosie, którym raczyłem się w rosyjskiej restauracji Troika w średniowiecznym centrum Tallina, słodko-ostry marokański tagine wołowy w Kadyksie i comber jagnięcy z suszonymi owocami i piwem Ale. Przepis na to ostatnie danie pochodzi z książki Shakespeare’s Kitchen i jest to autentyczny przysmak sięgający XVI wieku, kiedy o argentyńskim malbeku nikomu jeszcze się nie śniło, a Szekspir prawie wszystko przepijał winem z Jerez. Przepis podaję poniżej i rekomenduję do niego na przykład Malbeka Colome z Salty, Malbeka Humberto Canale Old Vineyards z Patagonii albo Malbeka Reserve Finca Sophenia z Mendozy.

Comber jagnięcy w piwie Ale z suszonymi owocami

Składniki (dla 4 osób):book_shakespeare
2 duże cebule pokrojone w piórka
3 gałązki rozmarynu
3 gałązki tymianku
¼ szklanki posiekanej natki pietruszki
½ łyżeczki zmielonego cynamonu
½ łyżeczki zmielonego imbiru
½ łyżeczki świeżo zmielonej gałki muszkatołowej
4 goździki
4 kawałki combra jagnięcego (ok. 200-250 g każdy)
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka świeżo zmielonego czarnego pieprzu
8 dużych suszonych śliwek, przeciętych na pół
4 suszone morele
½ szklanki rodzynek
10 daktyli bez pestki, przeciętych na pół
300 ml angielskiego piwa typu Ale

1. Podgrzać piekarnik do 190°C. Cebulę ułożyć na dno lekko posmarowanego masłem naczynia żaroodpornego. Na cebulę rozsypać rozmaryn, tymianek, pietruszkę, cynamon, imbir, gałkę i goździki. Przyprawić comber solą i pieprzem i ułożyć jako jedną warstwę na przyprawach. Na mięso położyć śliwki, morele, rodzynki i daktyle. Zalać piwem. Przykryć szczelnie folią aluminiową i piec przez 30 minut lub do momentu, gdy mięso będzie miękkie.

2. Włączyć górny grill, usunąć folię i opiekać mięso aż zbrązowieje (ok. 5 min.)

3. Sposób podania: cebula i owoce na środek talerza, na nich ułożyć mięso, polać sosem z pieczenia. Warto podać też kawałek pieczywa, żeby na koniec skonsumować sos, który smakuje wprost obłędnie.

Opublikowano Wino | Otagowano , | Skomentuj